Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej. Pokaż wszystkie posty

List do redakcji

Opublikowany poniżej List do redakcji wraz z odpowiedzią od redakcji stał się przyczyną konfliktu, który wybuchł w parafii św. Jana Klimaka w Warszawie, wydającej Artos. W jej wyniku ówczesny proboszcz, ks. Paisjusz, zakazał dalszego wydawania "Artosa". [przypis współczesny]


Na łamach naszego pisma staramy się prezentować artykuły o różnej tematyce. Niekiedy poruszane przez nas tematy mogą wydać się kontrowersyjne. Nie zawsze musimy zgadzać się z przesłaniem autora. Nie widzimy w tym nic złego, a wręcz przeciwnie, dostrzegamy pozytywne elementy zmuszające do przemyśleń i zajęcia własnego stanowiska. Jeśli chcecie się wypowiedzieć zapraszamy na nasze łamy. Niżej zamieszczamy jeden z takich tekstów.



Kolejna niedziela, kolejne nabożeństwo i ciągle te same osoby. Rzadko zdarza się, że pojawi się ktoś nowy. Jest raczej odwrotnie. Ci, którzy kiedyś raz na jakiś czas się pojawiali, teraz nie przychodzą w ogóle. Pytanie „dlaczego?” zadają sobie nie tylko batiuszkowie, ale i wierni zgromadzeni w świątyni.

Śmierć

Jak smutno jest, kiedy bliska nam osoba umiera. Świat już nie jest taki sam, jak przedtem. Nie można się jednak załamywać. Trzeba zapewnić zmarłemu należyty pochówek. Kupić trumnę i krzyż. Dębowa czy sosnowa? Lepiej sosnową, bo jest trochę tańsza. I należałoby przyrządzić jakieś potrawy na stypę. A wszystko takie drogie. Dobrze, że nasze państwo jest opiekuńcze i przyznaje pieniądze na pochówek. Inaczej człowiek nie miałby skąd wziąć. Pozostaje jeszcze batiuszka i panie, które śpiewają przy zmarłym. Cena pracy? Panie śpiewające kilka godzin przy trumnie i w cerkwi biorą tylko po czekoladzie i po kawałku ciasta mówiąc, że im bez zmarłego i tak będzie ciężko. Batiuszka natomiast, który tak naprawdę powinien być podporą w tych ciężkich chwilach, mówi jak zawsze „co łaska”. Po wymienieniu kwoty padają słowa o żebractwie i ciężkiej doli pasterstwa. Zaraz potem zaproponowana zostaje kwota podwójna w stosunku do wcześniej wymienionej, umotywowana wysokim zasiłkiem pogrzebowym.

Statystyka: dwie osoby przestały chodzić do cerkwi.

Wrocław

W ostatni weekend przed świętami Bożego Narodzenia obchodzonymi według kalendarza juliańskiego grupa młodzieży z parafii wolskiej wybrała się na bratnią wizytę w parafii pw. św.św. Cyryla i Metodego we Wrocławiu. Była to już druga taka wyprawa w ostatnim czasie. Cel, jaki nam przyświecał, to uczestniczenie w nabożeństwach celebrowanych w języku polskim.

Dla części grupy kontakt z polskim językiem liturgicznym był pierwszy w życiu. Inni już mieli takie doświadczenia za sobą. Należy tu nadmienić, że wrocławska prawosławna parafia jest jedyną w Polsce, dla której właśnie polski jest językiem nabożeństw. Pierwsze takie nabożeństwo zostało odprawione w 1973 roku i tak jest do dziś dnia w każdą niedzielę i święto. Proboszczem parafii od samego początku (tzn. od 12 października 1970 r.) jest o. Eugeniusz Cybulski, człowiek bardzo ciepły i chętnie snujący opowieści o swojej pracy w tej wyjątkowej „owczarni”.

Świat zza krat

Do napisania tych kilku słów „ natchnął” mnie artykuł z poprzedniego numeru ARTOSA. Pamiętacie jak Ani „śnił” się „Świat zza krat” – niczym nowy Martin Luther King – I have a dream ...? Pamiętacie to więzienie z odłupaną cegłą, które zamiast budzić grozę i chęć opuszczenia go sprawiało, że czujemy się bezpiecznie, czujemy się jak w domu? Czytając tamten artykuł w miejscu gdzie pojawiło się słowo STEREOTYP – ja spodziewałem się słowa prawosławie.

Dlaczego? Bo ten opis tak do nas pasował. Tak przyzwyczailiśmy się do pewnego stanu rzeczy w naszym Kościele, że uważamy go za niemal święty porządek rzeczy. Uważamy, że taki był od samego początku i tak powinno zostać do końca dziejów. Ale tak naprawdę to przecież nie te cegły i kraty są istotą naszej Cerkwi. Przecież nie chodzi o kolory ikonostasów, o literki w kanonach, o koncertowy śpiew. Najważniejszy nie jest zbiór zasad, ślepych nakazów i zakazów. Istotne jest to jak żyjemy naprawdę. To, co nosimy w naszych sercach i umysłach. Bo Cerkiew to ludzie, a nie formułki. Prawosławie to my. My o nim świadczymy, my je reprezentujemy.

Wspomnienia młodego wychowawcy

Chciałem się z wami podzielić pewnymi refleksjami, które stały się moim udziałem za sprawą obozu młodzieżowego organizowanego w Wałczu przez Bractwo Młodzieży Prawosławnej.

Z obozami Bractwa pierwszy kontakt miałem w wieku jedenastu lat. Skończyłem właśnie piątą klasę podstawówki i rodzice uznali, że jestem już na tyle duży, by wysłać mnie na pierwsze w życiu kolonie. Obóz odbył się w Królowym Moście, a więc niezbyt daleko od mego rodzinnego Gródka. Tam pierwszy raz dane mi było zetknąć się z „naszymi” piosenkami (jaką radość sprawiło zaśpiewanie rodzince „Tapala, tapala...”!). Wychowawcy, choć młodzi, byli dla nas autorytetami, wiedzieli wszystko i wspaniale organizowali czas. Nawet fakt, że chłopcom przyszło spać w sąsiedniej wsi, poupychanym jak sardynki w jakiejś letniej kuchni niespecjalnie nam przeszkadzał. Pozostały wspomnienia, grupowe zdjęcie i pocztówka (ikonka) z podpisami od kadry, której szefem był obecny protodiakon Aleksander Łysynkiewicz (Sasza) – znany zapewne wszystkim parafianom cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku.

Witaminy Krymu

Kiedy 15 sierpnia około siódmej rano zapakowaliśmy się do pociągu do Przemyśla, by rozpocząć pierwszy etap podróży wgłąb Ukrainy, byliśmy z jednej strony pełni nadziei na udaną wyprawę, ale z drugiej odrobinę niepewni, czy na miejscu nie czeka nas „dziki wschód”.

To, co przeżyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, choć nie zawsze towarzyszyła nam istna sielanka.

Po przekroczeniu granicy w Medyce i dwugodzinnej jeździe zapchaną do granic możliwości marszrutką[1], w końcu dotarliśmy na dworzec we Lwowie. Szczęście sprzyjało nam od samego początku. Zdołaliśmy kupić bilety na pociąg, na który od dwóch tygodni nie było miejsc. Fakt, że rozrzucono nas po kilku wagonach, nie miał już większego znaczenia. Nieznajomość rosyjskiego dla niektórych z nas okazała się nawet pomocna w zamianie miejsc w przedziałach (choć główną rolę odegrał pewnie urok osobisty). Największe wrażenie zrobili jednak „Palaki” śpiewający ukraińskie „narodnyje piesni”. Wrażenie artystyczne było tak silne, że jeden z pasażerów postawił nam „szampanskoje”.... i to nie jedno.

Środy na Pradze

Przypadła mi w udziale (oczywiście za moją zgodą) dość niewdzięczna praca. Chodzi mianowicie o relacje, czy - jak kto woli - wiadomości o tym, co się dzieje w parafii naszych odwiecznych "rywali" na Pradze. Jest to ogromny wysiłek, przede wszystkim psychiczny. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie jestem warszawiakiem, tym bardziej prażaninem. Po drugie - bliższa memu sercu jest parafia na Woli i bardziej się orientuję, co się dzieje właśnie tutaj. Tematem poniższych i przyszłych słów wypowiedzianych na łamach tej gazety będą "sprawozdania" ze spotkań środowych z ks. rektorem Jerzym Tofilukiem, który prowadzi je już od kilkunastu lat. Jestem ich uczestnikiem i wielkim miłośnikiem od dawna (dokładniej - czterech lat). Poruszane są tu różne zagadnienia, ze szczególnym naciskiem na kwestie teologiczne. Ale nie brakuje też spraw społeczno-politycznych, kulturowych, ekonomicznych.