Na ostatnim niedzielnym spotkaniu został poruszony temat Prawosławia w Polsce w kontekście przeprowadzonego niedawno spisu powszechnego. Po analizie tych danych stwierdziliśmy, że większość prawosławnych w Polsce stanowią ludzie narodowości polskiej, czy komuś się to podoba, czy nie. I tu powstało pytanie, czy wprowadzenie języka polskiego do liturgii cerkiewnej zachęci wyznawców naszego Kościoła do przeistoczenia się z wyznawców biernych w czynnych?
Moim zdaniem można to rozpatrywać w dwóch płaszczyznach. Czy język jest składnikiem wiary i częścią Kościoła? Czy może powinniśmy go traktować jako narzędzie, które służy do komunikacji i porozumiewania się? Czy zatem język traktujemy podmiotowo (czyli tak, że bez języka cerkiewnosłowiańskiego nie byłoby Prawosławia) czy instrumentalnie?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nr 7(17)/2003. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nr 7(17)/2003. Pokaż wszystkie posty
Wspomnienia młodego wychowawcy
Chciałem się z wami podzielić pewnymi refleksjami, które stały się moim udziałem za sprawą obozu młodzieżowego organizowanego w Wałczu przez Bractwo Młodzieży Prawosławnej.
Z obozami Bractwa pierwszy kontakt miałem w wieku jedenastu lat. Skończyłem właśnie piątą klasę podstawówki i rodzice uznali, że jestem już na tyle duży, by wysłać mnie na pierwsze w życiu kolonie. Obóz odbył się w Królowym Moście, a więc niezbyt daleko od mego rodzinnego Gródka. Tam pierwszy raz dane mi było zetknąć się z „naszymi” piosenkami (jaką radość sprawiło zaśpiewanie rodzince „Tapala, tapala...”!). Wychowawcy, choć młodzi, byli dla nas autorytetami, wiedzieli wszystko i wspaniale organizowali czas. Nawet fakt, że chłopcom przyszło spać w sąsiedniej wsi, poupychanym jak sardynki w jakiejś letniej kuchni niespecjalnie nam przeszkadzał. Pozostały wspomnienia, grupowe zdjęcie i pocztówka (ikonka) z podpisami od kadry, której szefem był obecny protodiakon Aleksander Łysynkiewicz (Sasza) – znany zapewne wszystkim parafianom cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku.
Z obozami Bractwa pierwszy kontakt miałem w wieku jedenastu lat. Skończyłem właśnie piątą klasę podstawówki i rodzice uznali, że jestem już na tyle duży, by wysłać mnie na pierwsze w życiu kolonie. Obóz odbył się w Królowym Moście, a więc niezbyt daleko od mego rodzinnego Gródka. Tam pierwszy raz dane mi było zetknąć się z „naszymi” piosenkami (jaką radość sprawiło zaśpiewanie rodzince „Tapala, tapala...”!). Wychowawcy, choć młodzi, byli dla nas autorytetami, wiedzieli wszystko i wspaniale organizowali czas. Nawet fakt, że chłopcom przyszło spać w sąsiedniej wsi, poupychanym jak sardynki w jakiejś letniej kuchni niespecjalnie nam przeszkadzał. Pozostały wspomnienia, grupowe zdjęcie i pocztówka (ikonka) z podpisami od kadry, której szefem był obecny protodiakon Aleksander Łysynkiewicz (Sasza) – znany zapewne wszystkim parafianom cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku.
Okiem zmęczonej – Monaster Rylski raz jeszcze...
Kiedy go zobaczyłam, czułam narastające napięcie. Jak będzie wyglądać w środku, jaki nastrój, atmosferę tam zastanę? Potrzebowałam mocnego, modlitewnego kopa, który dałby mi siłę na kolejne dni ostrej wędrówki i walki, nie tylko wewnętrznej. W dzikiej przyrodzie można poczuć bliskość Boga, ale mi – człowiekowi cywilizacji – chciało się cerkwi. Naszej dobrej, swojskiej cerkwi.
No i miałam ją. Czekała na mnie w kompleksie monasterskim.
Jak wyglądał monaster, opisała dla Was Justyna. Owszem, był ładny. Miał ciekawą architekturę, interesujące pomysły, zaskakujące malowidła...Ale. No właśnie, było ale.
Pierwsze rysy na dobrej opinii klasztoru pojawiły się wcześniej – za nocleg zagraniczny turysta płaci 15 euro. W skromnych warunkach.
No i miałam ją. Czekała na mnie w kompleksie monasterskim.
Jak wyglądał monaster, opisała dla Was Justyna. Owszem, był ładny. Miał ciekawą architekturę, interesujące pomysły, zaskakujące malowidła...Ale. No właśnie, było ale.
Pierwsze rysy na dobrej opinii klasztoru pojawiły się wcześniej – za nocleg zagraniczny turysta płaci 15 euro. W skromnych warunkach.
Świat zza krat
Więzienie. Więzień. Niewola. Ograniczenie. Przestrzeń życiowa wielkości kilku metrów kwadratowych. Ciasno. Bez możliwości wyjścia na zewnątrz, bez szansy na zobaczenie czegoś nowego. Nawet przeciwległe skrzydło wygląda zawsze tak samo. Ta sama rozłupana cegła kłuje w oczy swoją odmiennością. Wszystko, co widać, da się sfotografować na kilku zdjęciach małego formatu. Nic nowego.
Po krótkim czasie znika to początkowe, denerwujące wrażenie, że poza tym, co tu i teraz jest coś jeszcze. Że może być ładniej, lepiej, inaczej po prostu. Im dłużej, tym bardziej odłupana cegła staje się przyjacielska, wygląda swojsko, jest symbolem bezpieczeństwa. Znajome rysunki z wyeksponowanym pięknem skarykaturyzowanych kobiet na ścianie toalety (tak, to te nad spłuczką) stają się symbolem bezpieczeństwa, stałości, przewidywalności – cech tak aż pożądanych dziś, w ciągle zmieniającym się i pędzącym świecie. Po dłuższym czasie znienawidzony początkowo widok zaczyna sprawiać przyjemność. Ta kochana, odłupana cegła. Te rysuneczki malusieńkie. Pordzewiała kratunia w okieneczku. Symbol niewoli – powiedziałby kto. Nie. To symbol bezpieczeństwa i domu.
Po krótkim czasie znika to początkowe, denerwujące wrażenie, że poza tym, co tu i teraz jest coś jeszcze. Że może być ładniej, lepiej, inaczej po prostu. Im dłużej, tym bardziej odłupana cegła staje się przyjacielska, wygląda swojsko, jest symbolem bezpieczeństwa. Znajome rysunki z wyeksponowanym pięknem skarykaturyzowanych kobiet na ścianie toalety (tak, to te nad spłuczką) stają się symbolem bezpieczeństwa, stałości, przewidywalności – cech tak aż pożądanych dziś, w ciągle zmieniającym się i pędzącym świecie. Po dłuższym czasie znienawidzony początkowo widok zaczyna sprawiać przyjemność. Ta kochana, odłupana cegła. Te rysuneczki malusieńkie. Pordzewiała kratunia w okieneczku. Symbol niewoli – powiedziałby kto. Nie. To symbol bezpieczeństwa i domu.
Zeszłoroczna pisanka
W dziale Zeszłoroczna Pisanka zajmiemy się nieświeżymi jajkami. Przypuszczam, że jajek zbierze się przynajmniej koszyczek. Przynoście swoje jajka. Piszcie o rzeczach, które Was irytują, gorszą, zawstydzają; o których się nie mówi, mówi się za mało lub nie tak, jak uważasz, że powinno się mówić. Jeżeli Twojego tekstu nie przyjął Przegląd Prawosławny, Wiadomości PAKP ani Osservatore Romano, to przyjmie go Zeszłoroczna Pisanka. Jeżeli proboszcz zaczął Cię unikać, to znaczy, że twoje pytania, rozważania, problemy nadają się do Zeszłorocznej Pisanki. A może okaże się, że jajko wcale nie jest zgniłe… A może wszyscy w końcu będą musieli przyznać, że coś brzydko pachnie… Coś w każdym razie trzeba zrobić z zeszłorocznymi pisankami.
Agent Północny Śledź donosi
Jedno miasto – jeden biskup. Takie jest prawosławne pojmowanie Kościoła – jednego, świętego i powszechnego. Tak powinno być. Jeżeli nie jest, to mamy ‘prawdziwy skandal’ – tak w 1990 roku określił etniczne podziały prawosławnej diaspory patriarcha ekumeniczny Dimitrios[1]. Jak tu wiarygodnie głosić zasadę, której sami nie stosujemy?
Co się robi po przyjeździe do obcego miasta można przeczytać we wstępniaku. W każdym razie przypomnę: po przyjeździe do obcego miasta szuka się cerkwi. Takoż uczyniłem i ja. W niedzielę rano, z mapą Sztokholmu w dłoni dotarłem na Bellmansgatan 13 (Czego to człowiek nie znajdzie w tym Internecie...). Na obszernym, zielonym placu stoi dostojna, duża, zabytkowa świątynia. Na cerkiew mi to nie wygląda – myślę – ale różne rzeczy się już widziało, a ta nawet podobna do gdańskiej. Tablica informacyjna luterańskiej parafii rozwiewa jednak moje wątpliwości. No to szukamy dalej. Rozglądam się. O! Nad niepozornymi drzwiami budynku przylegającego do placu (coś à la Podwale) dostrzegam ośmioramienny krzyż. Bingo! Podchodzę bliżej. Z trudem odszyfrowuje szwedzkie napisy. Dowiaduję się, że za skromnymi drzwiami miejsca starcza dla dwóch jurysdykcji: Fińskiej Cerkwi Prawosławnej oraz Estońskiej Cerkwi Prawosławnej. Liturgie nie w każdą niedzielę – mam pecha. Ale zaraz zaraz, przecież miałem pod tym adresem znaleźć cerkiew Patriarchatu Moskiewskiego. Patrzę w lewo. Następne drzwi. Otwarte. Na wewnętrznej stronie jakieś ogłoszenia i chyba ikonka. Pięć kroków i oto odnajduję trzecią cerkiew pod Bellmansgatan 13! Zagęszczenie godne przedrewolucyjnej Moskwy! Jedno miasto – jeden biskup...
Co się robi po przyjeździe do obcego miasta można przeczytać we wstępniaku. W każdym razie przypomnę: po przyjeździe do obcego miasta szuka się cerkwi. Takoż uczyniłem i ja. W niedzielę rano, z mapą Sztokholmu w dłoni dotarłem na Bellmansgatan 13 (Czego to człowiek nie znajdzie w tym Internecie...). Na obszernym, zielonym placu stoi dostojna, duża, zabytkowa świątynia. Na cerkiew mi to nie wygląda – myślę – ale różne rzeczy się już widziało, a ta nawet podobna do gdańskiej. Tablica informacyjna luterańskiej parafii rozwiewa jednak moje wątpliwości. No to szukamy dalej. Rozglądam się. O! Nad niepozornymi drzwiami budynku przylegającego do placu (coś à la Podwale) dostrzegam ośmioramienny krzyż. Bingo! Podchodzę bliżej. Z trudem odszyfrowuje szwedzkie napisy. Dowiaduję się, że za skromnymi drzwiami miejsca starcza dla dwóch jurysdykcji: Fińskiej Cerkwi Prawosławnej oraz Estońskiej Cerkwi Prawosławnej. Liturgie nie w każdą niedzielę – mam pecha. Ale zaraz zaraz, przecież miałem pod tym adresem znaleźć cerkiew Patriarchatu Moskiewskiego. Patrzę w lewo. Następne drzwi. Otwarte. Na wewnętrznej stronie jakieś ogłoszenia i chyba ikonka. Pięć kroków i oto odnajduję trzecią cerkiew pod Bellmansgatan 13! Zagęszczenie godne przedrewolucyjnej Moskwy! Jedno miasto – jeden biskup...
O patronie Bułgarii i jego monasterze
To dziwne, że monaster w ogóle powstał. Założył go bowiem człowiek, który większość życia spędził jako pustelnik kryjąc się przed ludźmi. Co ciekawe, był pierwszym bułgarskim pustelnikiem, uważa się go za prekursora takiej formy życia na tych terenach. Mieszkał w różnych dziwnych miejscach: w jaskini, w dziupli ogromnego dębu, na wysokiej, niedostępnej skale. Mieszkał to może nie jest najlepsze słowo; on tam po prostu był i modlił się.
Ta niewielka ilość osób, która go spotkała na swojej drodze, bardzo różnie na niego reagowała. Zdarzało się, że był przepędzany z miejsca na miejsce. To banda zbójów wygoniła go z jaskini. Znaleźli się jednak i tacy ludzie, którzy dostrzegali wartość jego pustelniczego życia i ascezy. Nie mogło być ich wielu, gdyż byli to jedni z pierwszych chrześcijan na tych terenach; nie ilość się jednak liczy, lecz jakość, a podejrzewam, że gorliwości im nie brakowało. To oni stali się świadkami cudów dokonanych przez świętego Jana Rylskiego. To im pomagał, to ich leczył.
Ta niewielka ilość osób, która go spotkała na swojej drodze, bardzo różnie na niego reagowała. Zdarzało się, że był przepędzany z miejsca na miejsce. To banda zbójów wygoniła go z jaskini. Znaleźli się jednak i tacy ludzie, którzy dostrzegali wartość jego pustelniczego życia i ascezy. Nie mogło być ich wielu, gdyż byli to jedni z pierwszych chrześcijan na tych terenach; nie ilość się jednak liczy, lecz jakość, a podejrzewam, że gorliwości im nie brakowało. To oni stali się świadkami cudów dokonanych przez świętego Jana Rylskiego. To im pomagał, to ich leczył.
Moja Góra
Dziewczyna. Opalona. Za bardzo jak na normalne słońce. Ciekawe, ile wydała na solarium – myślę. Farbowane włosy, mocny makijaż. Modne ciuchy. Spodnie za kolano zawiązywane na sznurki. Bluzeczka do pępka. Wygląda jakby właśnie zeszła z roweru – myślę.
Promocja kaset. Pięć złotych sztuka. Najbardziej popularna – As Wita Was. Idą. Interes się kręci. I jeszcze coś z muzyki. Jurek Ostapczuk rzewnym głosem pod akompaniament keybordowej, discopolowej muzyczki podśpiewuje Sława Bohu za wsio...Słychać go w promieniu 100 metrów. Wata cukrowa. Popcorn. Grill. Chleb, owoce, zabawki, obwarzanki (niestety nie ma pańskiej skórki). Promocja.
Znów dziewczyna. W długiej spódnicy i chustce. Stoi na wzgórzu w dziwnej pozie. Ręce w górze. Wzrok w górze. Modli się? Biesnowata? Ach nie, łapie zasięg. O, esemes.
Promocja kaset. Pięć złotych sztuka. Najbardziej popularna – As Wita Was. Idą. Interes się kręci. I jeszcze coś z muzyki. Jurek Ostapczuk rzewnym głosem pod akompaniament keybordowej, discopolowej muzyczki podśpiewuje Sława Bohu za wsio...Słychać go w promieniu 100 metrów. Wata cukrowa. Popcorn. Grill. Chleb, owoce, zabawki, obwarzanki (niestety nie ma pańskiej skórki). Promocja.
Znów dziewczyna. W długiej spódnicy i chustce. Stoi na wzgórzu w dziwnej pozie. Ręce w górze. Wzrok w górze. Modli się? Biesnowata? Ach nie, łapie zasięg. O, esemes.
Sztuka przetrwania w pracy
Dzień zaczynał się tak:
- Wstawajcie słonka, wstawajcie! Już siódma! (krzyknął lider stojący w drzwiach)
- Jesteś bez serca! (odpowiedziała zawiedzionym głosem jedna z uczestniczek, brutalnie wyrwana ze snu)
- Ja? Ja bez serca?! Gdybym był bez serca, to bym teraz chodził z dużym garnkiem, chochlą i dzwonił. Mam serce! Takie malutkie może, ale mam... o tutaj! (bronił się lider wskazując dłonią swoje malutkie serce)
- Wstawajcie słonka, wstawajcie! Już siódma! (krzyknął lider stojący w drzwiach)
- Jesteś bez serca! (odpowiedziała zawiedzionym głosem jedna z uczestniczek, brutalnie wyrwana ze snu)
- Ja? Ja bez serca?! Gdybym był bez serca, to bym teraz chodził z dużym garnkiem, chochlą i dzwonił. Mam serce! Takie malutkie może, ale mam... o tutaj! (bronił się lider wskazując dłonią swoje malutkie serce)
Drelich i złoty ząb
Wyglądał niezwyczajnie. Ciemnowłosy, młody mężczyzna. Z daleka całkiem przystojny. Ubrany na luzie – ciemne dżinsy, koszulka i niedbale narzucona kurtka. Pojawił się trochę znikąd, ale kto się nad tym zastanawiał? Powiedział tylko: Nie tutaj. Tam. – wskazując na drogę. Zdziwiona odwróciłam się. Tam? Tam jest droga? A tak byłam pewna obranej przez siebie trasy!
Drugi wyglądał jeszcze zwyczajniej. A właściwie niezwyczajnie. Drelichowy fartuch, dwa cenne zęby – złoty i srebrny. Na opuszczonej stacji kolejowej zagubionej gdzieś w górach Bułgarii zapytał łamaną ruszczyzną, czy nie trzeba nam pomóc. Trzeba, owszem. Może nam coś podpowie?
Podpowiedział. Zaplanował nam całą trasę na następny dzień, znalazł nocleg w świetnych warunkach akurat na studenckie kieszenie, zaprowadził do hotelu, a następnego dnia pomachał ze stacji. Życzliwie, tak po prostu. Jak własny dziadek czy dobry wujek. Został w tyle, taki mały, niepozorny... Żadnych zwykłych oznak niezwykłości. Żadnego znaku z obrazków ani podobieństwa do postaci z amerykańskich filmów familijnych.
Drugi wyglądał jeszcze zwyczajniej. A właściwie niezwyczajnie. Drelichowy fartuch, dwa cenne zęby – złoty i srebrny. Na opuszczonej stacji kolejowej zagubionej gdzieś w górach Bułgarii zapytał łamaną ruszczyzną, czy nie trzeba nam pomóc. Trzeba, owszem. Może nam coś podpowie?
Podpowiedział. Zaplanował nam całą trasę na następny dzień, znalazł nocleg w świetnych warunkach akurat na studenckie kieszenie, zaprowadził do hotelu, a następnego dnia pomachał ze stacji. Życzliwie, tak po prostu. Jak własny dziadek czy dobry wujek. Został w tyle, taki mały, niepozorny... Żadnych zwykłych oznak niezwykłości. Żadnego znaku z obrazków ani podobieństwa do postaci z amerykańskich filmów familijnych.
Młodzież o relacji płci…
Na Bałtycką Konferencję Młodzieży, która odbyła się między 7 a 14 września tego roku, trafiłam zupełnie przypadkiem. Drogą elektroniczną dostałam zaproszenie z Centrum Współpracy Młodzieży z siedzibą w Gdańsku, które zajmowało się rekrutacją delegatów na to spotkanie ze strony Polski. Pomyślałam: dlaczego by nie pojechać? W końcu nieczęsto mam okazję do udziału w międzynarodowym spotkaniu młodych ludzi. To byłby mój pierwszy taki wyjazd. Nie miałam problemów z zakwalifikowaniem się, bo Centrum już zna Bractwo Młodzieży Prawosławnej w Polsce, które reprezentowałam.
W trakcie poprzednich spotkań poruszano np. tematy mniejszości narodowych na terenie państw bałtyckich. Tematem kolejnej konferencji może być praca z tzw. młodzieżą ryzyka, zagrożoną patologiami społecznymi. Temat tegorocznego spotkania brzmiał Gender Relations, czyli Relacje Płci. Niestety nie było równowagi między męską, a żeńską częścią delegatów: dziewczyny wygrały na tym polu 3:1. Czyżby panowie nie czuli się mocni w rozmowach na ten temat? Sześcioosobowa delegacja polska była niestety w stu procentach żeńska.
W trakcie poprzednich spotkań poruszano np. tematy mniejszości narodowych na terenie państw bałtyckich. Tematem kolejnej konferencji może być praca z tzw. młodzieżą ryzyka, zagrożoną patologiami społecznymi. Temat tegorocznego spotkania brzmiał Gender Relations, czyli Relacje Płci. Niestety nie było równowagi między męską, a żeńską częścią delegatów: dziewczyny wygrały na tym polu 3:1. Czyżby panowie nie czuli się mocni w rozmowach na ten temat? Sześcioosobowa delegacja polska była niestety w stu procentach żeńska.
Pielgrzymka
![]() |
| fot. grabarka.pl |
Turkoczące koła pociągu, który ma nas dowieźć do Wołomina. Niepewne spojrzenia, inne pełne ufności i wiary. Niektórzy idą po raz pierwszy w jakiejkolwiek pielgrzymce, inni – już po raz kolejny. Śmiech i ściszone głosy. “Trzeba wierzyć, że dobry Pan Bóg doda sił, że człowiek dojdzie. Panie Marku będzie dobrze – zobaczy pan”. Uśmiecham się – “Tak, ma pani rację. Będzie dobrze”. Mówię tak, aby bardziej uspokoić ją niż siebie. Jestem niby spokojny, ale z drugiej strony, gdy pomyślę ile drogi nas czeka, ile przeciwności może nas spotkać to zaczynam się lękać, bać. Czy ja dobrze zrobiłem? – pytam sam siebie. Nie pozostaje mi nic tylko zawierzyć Panu Bogu, oddać siebie, zaufać.
Z dziennika pielgrzyma
W tym roku po raz pierwszy wyruszyła z Warszawy piesza pielgrzymka na św. Górę Grabarkę. Wyszli 13 sierpnia spod cerkwi pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła w Wołominie. Trasa pielgrzymki wiodła przez Stanisławowo (ale nie to, które znamy z niedzielnych wyjazdów parafian wolskich na liturgie), Dobre, Liw, Węgrów, Sokołów Podlaski, Repki. W Drohiczynie do około czterdziestoosobowej grupy warszawskiej dołączyło około dwustu pielgrzymów drohiczyńskich. Razem już dotarli na miejsce 17 sierpnia, po pięciu dniach marszu, dwa dni przed świętem Przemienienia Pańskiego. Najdłuższy odcinek, bo aż czterdziestokilometrowy, pokonali pierwszego dnia wędrówki.
Dwóch uczestników tej pielgrzymki podzieliło się z nami swoimi wrażeniami.
Dwóch uczestników tej pielgrzymki podzieliło się z nami swoimi wrażeniami.
Witamy!
Takie zdania słyszymy dość często. Od różnych osób, które jednak łączy jedno – stoją w obliczu samotności, obcości. Najczęściej z powodu wyjazdu za granicę. W obcym kraju, w nowym środowisku, w odmiennym klimacie...
A tyleż spraw może w nowym miejscu absorbować! Sklep, szkoła, kino...Ale większość z nas w nowym, obcym miejscu szuka cerkwi. Cerkiew jest dla nas symbolem swojskości, domu, bliskości...I wtedy dopiero czujemy się jak w wielkiej, prawosławnej rodzinie. Po zaznaniu uczuć lęku, przestrachu czy wręcz przerażenia otaczającą nowością, po często gorączkowych poszukiwaniach po zakamarkach wielkich miast wreszcie Ją znajdujemy. Aby dowiedzieć się, jak wielkie wrażenie robi wejście do cerkwi w takiej sytuacji, trzeba to chyba przeżyć. Wreszcie czujemy się choć częścią u siebie. Tak, jak gdybyśmy odwiedzali Matkę.
A tyleż spraw może w nowym miejscu absorbować! Sklep, szkoła, kino...Ale większość z nas w nowym, obcym miejscu szuka cerkwi. Cerkiew jest dla nas symbolem swojskości, domu, bliskości...I wtedy dopiero czujemy się jak w wielkiej, prawosławnej rodzinie. Po zaznaniu uczuć lęku, przestrachu czy wręcz przerażenia otaczającą nowością, po często gorączkowych poszukiwaniach po zakamarkach wielkich miast wreszcie Ją znajdujemy. Aby dowiedzieć się, jak wielkie wrażenie robi wejście do cerkwi w takiej sytuacji, trzeba to chyba przeżyć. Wreszcie czujemy się choć częścią u siebie. Tak, jak gdybyśmy odwiedzali Matkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










