Nieprawdą jest, że statystyczny parafianin wyznania prawosławnego bywa w cerkwi trzy razy w życiu. Że dwa razy go przynoszą, że tylko raz przychodzi na własnych nogach. Sądzę, że jeszcze nie jest aż tak źle. Rzeczywiście dwa razy go przynoszą – raz by ochrzcić, drugi by pochować – ale sam przychodzi częściej niż tylko po to, by wstąpić w związek małżeński. Czasem przychodzi na ślub kolegów, którzy nie ulegli wyznaniowej konkurencji. Ilość wizyt statystycznego parafianina w cerkwi wynosi zatem co najmniej dwie plus tyle, ilu ma znajomych i młodych w rodzinie własnej lub swojej sympatii, nie licząc pogrzebów.
Śmiem zauważyć, że oprócz wspomnianych wyżej, jakże ważnych momentów w życiu każdego człowieka, cerkiew otwiera nam swoje drzwi o wiele częściej. Niektórzy pewnie jeszcze pamiętają, że istnieje jeszcze takie nabożeństwo jak św. Liturgia a przed nią nabożeństwa do niej przygotowujące. To, ilu ludzi o tym pamięta, widać dość wyraźnie właśnie w czasie owych nabożeństw. Łatwo zauważyć, że średnia wieku uczestniczących w liturgii jest równa mniej więcej średniej wieku członków osiedlowego koła kombatantów czy związku ZBOWiD. Czy zatem należy sądzić, że cerkiew w Polsce postawiła warunek minimalnego wieku dla uczestniczących w liturgii?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nr 3(14)/2002. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nr 3(14)/2002. Pokaż wszystkie posty
Prozelityzm
Prozelityzm jako zjawisko występujące na kanonicznym terytorium prawosławia, zostało skomentowane i ocenione już niejednokrotnie. Działalność księży katolickich na terenie Rosji i innych byłych republik radzieckich stanowi jeden z najpoważniejszych problemów dialogu pomiędzy prawosławiem i katolicyzmem, tym bardziej, że Rzymowi trudno jest zrozumieć nieprzejednaną postawę Patriarchatu Moskiewskiego i dostrzec niewłaściwość swoich działań.
Często pojawiały się głosy, że ta patowa sytuacja mogłaby ulec zmianie, jeśli katolicy znaleźliby się w sytuacji podobnej jak prawosławni w Europie Wschodniej, stawiający czoła obcej ekspansji religijnej. Wszystko wskazuje, że taka możliwość zaistnieje już w niedługim czasie. Co prawda dotyczy ona regionu dość odległego geograficznie, Ameryki Łacińskiej, jednak procesy tam zachodzące mogą znaleźć swoje przełożenie na to co Watykan robi wobec prawosławnych.
Często pojawiały się głosy, że ta patowa sytuacja mogłaby ulec zmianie, jeśli katolicy znaleźliby się w sytuacji podobnej jak prawosławni w Europie Wschodniej, stawiający czoła obcej ekspansji religijnej. Wszystko wskazuje, że taka możliwość zaistnieje już w niedługim czasie. Co prawda dotyczy ona regionu dość odległego geograficznie, Ameryki Łacińskiej, jednak procesy tam zachodzące mogą znaleźć swoje przełożenie na to co Watykan robi wobec prawosławnych.
Cmentarz Prawosławny na Woli w Warszawie. Groby ukraińskie.
W połowie bieżącego roku wydana została, przy finansowej pomocy Parafii Prawosławnej Św. Jana na Woli w Warszawie, interesująca publikacja autorstwa Romana Szagały i Aleksandra Kolańczuka pt. „Cmentarz Prawosławny na Woli w Warszawie. Groby ukraińskie. Przewodnik”. Publikacja ta składa się z ośmiu rozdziałów:
I. Pierwszy rozdział – to „Rys historyczny”, przedstawiający historię tej stołecznej nekropolii od momentu jej założenia na mocy ukazu carskiego w 1841r. Warto wspomnieć, że pierwsze pochówki miały miejsce jeszcze przed wytyczeniem granic cmentarza. Na terenie cmentarza usytuowana jest, zbudowana w latach 1902-1905 według projektu architekta W.A. Pokrowskiego - cerkiew Św. Jana Klimaka. Fundatorem tej cerkwi był arcybiskup warszawski – Hieronim Egzemplarski (str. 7-8 opracowania);
I. Pierwszy rozdział – to „Rys historyczny”, przedstawiający historię tej stołecznej nekropolii od momentu jej założenia na mocy ukazu carskiego w 1841r. Warto wspomnieć, że pierwsze pochówki miały miejsce jeszcze przed wytyczeniem granic cmentarza. Na terenie cmentarza usytuowana jest, zbudowana w latach 1902-1905 według projektu architekta W.A. Pokrowskiego - cerkiew Św. Jana Klimaka. Fundatorem tej cerkwi był arcybiskup warszawski – Hieronim Egzemplarski (str. 7-8 opracowania);
Praskie środy
Wiadomym jest, że tradycja w Kościele Prawosławnym ma duże znaczenie. Zwykle nie chodzi tylko o tradycję przez duże T, czyli Tradycję Świętą. Często pilnujemy także tradycji pisanych małą literą. I chyba do tej drugiej grupy trzeba zaliczyć środowe spotkania na Pradze (z całym szacunkiem dla uczestników...).
Zatem, zgodnie z wieloletnią tradycją (pytanie ilu-letnią?) wraz z rozpoczęciem roku akademickiego zaczęły się też na nowo praskie spotkania. Zgodnie z tradycją są przede wszystkim dla studentów (i studentek oczywiście), zgodnie z tradycją odbywają się w środy o 19.00 w domu parafialnym na Pradze, i – również zgodnie z tradycją – prowadzi je ks. Jerzy Tofiluk.
Zatem, zgodnie z wieloletnią tradycją (pytanie ilu-letnią?) wraz z rozpoczęciem roku akademickiego zaczęły się też na nowo praskie spotkania. Zgodnie z tradycją są przede wszystkim dla studentów (i studentek oczywiście), zgodnie z tradycją odbywają się w środy o 19.00 w domu parafialnym na Pradze, i – również zgodnie z tradycją – prowadzi je ks. Jerzy Tofiluk.
I nie wódź ich na pokuszenie...
Przyglądając się wiernym, zebranym w cerkwi, przychodzi mi czasem na myśl, że niektórzy nie zastanawiają się nad swoim wyglądem, gdy wchodzą do świątyni. Czasem warto o tym pomyśleć i nie chodzi bynajmniej o to, by wyróżniać się szczególnym strojem czy zwracać na siebie uwagę zachowaniem. Tak jak i w innych miejscach publicznych obowiązują nas pewne normy, obecne w każdej sferze naszego życia.
Jeszcze kilkanaście lat temu nie do pomyślenia było, żeby kobieta weszła do cerkwi z odkrytą głową i w spódnicy sięgającej przed kolana czy też w spodniach. Taki był zwyczaj, przestrzegany szczególnie w parafiach w mniejszych miejscowościach. Pamiętam, że nawet w moich szkolnych latach nikogo nie dziwiła kobieta w spódnicy do kostek i chustce. Większość uczennic była dumna z tego stroju, który w pewien sposób wyróżniał i podkreślał, że jest się osobą wyznania prawosławnego. Proboszcz zaś ciskał gromy, gdy któraś z dziewcząt pojawiła się w cerkwi bez nakrycia głowy.
Jeszcze kilkanaście lat temu nie do pomyślenia było, żeby kobieta weszła do cerkwi z odkrytą głową i w spódnicy sięgającej przed kolana czy też w spodniach. Taki był zwyczaj, przestrzegany szczególnie w parafiach w mniejszych miejscowościach. Pamiętam, że nawet w moich szkolnych latach nikogo nie dziwiła kobieta w spódnicy do kostek i chustce. Większość uczennic była dumna z tego stroju, który w pewien sposób wyróżniał i podkreślał, że jest się osobą wyznania prawosławnego. Proboszcz zaś ciskał gromy, gdy któraś z dziewcząt pojawiła się w cerkwi bez nakrycia głowy.
Witaminy Krymu
Kiedy 15 sierpnia około siódmej rano zapakowaliśmy się do pociągu do Przemyśla, by rozpocząć pierwszy etap podróży wgłąb Ukrainy, byliśmy z jednej strony pełni nadziei na udaną wyprawę, ale z drugiej odrobinę niepewni, czy na miejscu nie czeka nas „dziki wschód”.
To, co przeżyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, choć nie zawsze towarzyszyła nam istna sielanka.
Po przekroczeniu granicy w Medyce i dwugodzinnej jeździe zapchaną do granic możliwości marszrutką[1], w końcu dotarliśmy na dworzec we Lwowie. Szczęście sprzyjało nam od samego początku. Zdołaliśmy kupić bilety na pociąg, na który od dwóch tygodni nie było miejsc. Fakt, że rozrzucono nas po kilku wagonach, nie miał już większego znaczenia. Nieznajomość rosyjskiego dla niektórych z nas okazała się nawet pomocna w zamianie miejsc w przedziałach (choć główną rolę odegrał pewnie urok osobisty). Największe wrażenie zrobili jednak „Palaki” śpiewający ukraińskie „narodnyje piesni”. Wrażenie artystyczne było tak silne, że jeden z pasażerów postawił nam „szampanskoje”.... i to nie jedno.
To, co przeżyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, choć nie zawsze towarzyszyła nam istna sielanka.
Po przekroczeniu granicy w Medyce i dwugodzinnej jeździe zapchaną do granic możliwości marszrutką[1], w końcu dotarliśmy na dworzec we Lwowie. Szczęście sprzyjało nam od samego początku. Zdołaliśmy kupić bilety na pociąg, na który od dwóch tygodni nie było miejsc. Fakt, że rozrzucono nas po kilku wagonach, nie miał już większego znaczenia. Nieznajomość rosyjskiego dla niektórych z nas okazała się nawet pomocna w zamianie miejsc w przedziałach (choć główną rolę odegrał pewnie urok osobisty). Największe wrażenie zrobili jednak „Palaki” śpiewający ukraińskie „narodnyje piesni”. Wrażenie artystyczne było tak silne, że jeden z pasażerów postawił nam „szampanskoje”.... i to nie jedno.
W ciszy się módlcie...
Zawsze uważano go za podstawowy wyróżnik prawosławia, czynnik, który stanowił o jego wyjątkowości, który wyróżniał atmosferę cerkwi od innych świątyń. To też wyjątkowy sposób wyrażenia myśli, kierowanej do Boga, pozwalający pełniej przedstawiać swoje emocje. Melodia pomaga przedstawić treści wyrażone słowami w sposób bardziej wyraźny, wskazujący na nastrój, a jednocześnie inspirujący innych do modlitwy, przeżycia jej treści i wyrażonej przez nią myśli.
Śpiew cerkiewny wprowadza nas do innego świata, całkowicie odmiennego od codziennego pośpiechu i całego otoczenia serwowanego nam przez wynalazki cywilizacji. To muzyka wyraźnie rozgranicza te dwa światy, sugeruje, że czas odłożyć na bok troskę o codzienne, zwyczajne sprawy, wejść w krąg modlitwy i rozmowy z Bogiem.
W czasach, które, mówiąc szczerze, już nie bardzo pamiętam, śpiew cerkiewny przeżywał kryzys. Chóry były raczej wyludnione, bo starszych ich członków ubywało, a młodsi do śpiewu się nie garnęli. Wsie przedstawiały się dużo gorzej. Kilkuosobowe, żeńskie składy z trudnością radziły sobie z coniedzielną liturgią, nie mówiąc już na przykład o świątecznych nabożeństwach czy ślubach.
Śpiew cerkiewny wprowadza nas do innego świata, całkowicie odmiennego od codziennego pośpiechu i całego otoczenia serwowanego nam przez wynalazki cywilizacji. To muzyka wyraźnie rozgranicza te dwa światy, sugeruje, że czas odłożyć na bok troskę o codzienne, zwyczajne sprawy, wejść w krąg modlitwy i rozmowy z Bogiem.
W czasach, które, mówiąc szczerze, już nie bardzo pamiętam, śpiew cerkiewny przeżywał kryzys. Chóry były raczej wyludnione, bo starszych ich członków ubywało, a młodsi do śpiewu się nie garnęli. Wsie przedstawiały się dużo gorzej. Kilkuosobowe, żeńskie składy z trudnością radziły sobie z coniedzielną liturgią, nie mówiąc już na przykład o świątecznych nabożeństwach czy ślubach.
Czużyna
„My tut cełe życcio harowali, w Welikoj Brytanii, cerkwu budowali, a teper naszy dieti ne choczut choditi.”
Niedziela, ósma rano. Żeby zdążyć, trzeba już wyjechać. Mam to szczęście, że znajomy zabrał mnie samochodem, więc mogłam zaoszczędzić jakąś godzinę. Do Manchesteru jest jakieś 50 minut szybkiej jazdy autostradą. Na miejscu jesteśmy o 9. Mała cerkiewka właściwie jest niezauważalna i wygląda raczej na drobny, stary zabytek. W środku jest garstka ludzi, ale chór,mimo że składa się z czterech osób, donośnie śpiewa. Moje przybycie wywołuje lekkie zamieszanie i zdziwienie, gdyż od dawna nie było tu nikogo nowego. Mężczyzna, z którym przyjechałam, siada na jednym z krzeseł w ostatnim rzędzie i nie ulega namowom dyrygenta by wspomóc chór. Ja, chociaż dawno już przestałam śpiewać podczas nabożeństw, decyduję się początkowo na pojedyncze „Hospodi pomiłuj”, ale później dochodzę do wniosku, że stać mnie na więcej, bo w sumie nie wszystko jeszcze zapomniałam. Pani stojąca obok, pomiędzy kolejnymi „śpiewaniami” próbuje jak najwięcej dowiedzieć się o nowoprzybyłej. Podczas Liturgii w tej świątyni używany jest język białoruski i zwykle przyjeżdżają tu Białorusini z okolicy, ale od owej pani dowiaduję się, że jest Ukrainką i przychodzi, bo ma tu najbliżej.
Niedziela, ósma rano. Żeby zdążyć, trzeba już wyjechać. Mam to szczęście, że znajomy zabrał mnie samochodem, więc mogłam zaoszczędzić jakąś godzinę. Do Manchesteru jest jakieś 50 minut szybkiej jazdy autostradą. Na miejscu jesteśmy o 9. Mała cerkiewka właściwie jest niezauważalna i wygląda raczej na drobny, stary zabytek. W środku jest garstka ludzi, ale chór,mimo że składa się z czterech osób, donośnie śpiewa. Moje przybycie wywołuje lekkie zamieszanie i zdziwienie, gdyż od dawna nie było tu nikogo nowego. Mężczyzna, z którym przyjechałam, siada na jednym z krzeseł w ostatnim rzędzie i nie ulega namowom dyrygenta by wspomóc chór. Ja, chociaż dawno już przestałam śpiewać podczas nabożeństw, decyduję się początkowo na pojedyncze „Hospodi pomiłuj”, ale później dochodzę do wniosku, że stać mnie na więcej, bo w sumie nie wszystko jeszcze zapomniałam. Pani stojąca obok, pomiędzy kolejnymi „śpiewaniami” próbuje jak najwięcej dowiedzieć się o nowoprzybyłej. Podczas Liturgii w tej świątyni używany jest język białoruski i zwykle przyjeżdżają tu Białorusini z okolicy, ale od owej pani dowiaduję się, że jest Ukrainką i przychodzi, bo ma tu najbliżej.
Termin
Cisza trwała nieskończenie długo. Dwadzieścia długich, pustych dni. Dni bez znaku życia, znaku zainteresowania. Czas ciszy, zwiastującej zniechęcenie, znudzenie, brak ochoty i entuzjazmu. Gdzie się podziało zaangażowanie, które mnie poprzednio otaczało?
To już koniec? Już nic nie będzie – wspólnych spotkań, rozmów i dyskusji, czasem kłótni. Nocy spędzonych nad ostatnimi poprawkami.
Nie będzie już szukania rysunków. Nie będzie żmudnego składania kartek, które liczone w tysiącach tańczą swój zadrukowany taniec jeszcze całą kolejną noc. Nie uda się przemycić długiego spaceru w świetle księżyca, pod pretekstem braku autobusu.
Czyżby sprawdzało się, wypowiedziane kiedyś przez kogoś zdanie, że więcej osób nad tym pracuje, niż potem z tego korzysta? Czy to znaczy, że nigdy już nie poczuję zapachu świeżego owocu naszej pracy? Nie będzie już dreszczyku emocji na widok kolejnego „dziecka”?
To już koniec? Już nic nie będzie – wspólnych spotkań, rozmów i dyskusji, czasem kłótni. Nocy spędzonych nad ostatnimi poprawkami.
Nie będzie już szukania rysunków. Nie będzie żmudnego składania kartek, które liczone w tysiącach tańczą swój zadrukowany taniec jeszcze całą kolejną noc. Nie uda się przemycić długiego spaceru w świetle księżyca, pod pretekstem braku autobusu.
Czyżby sprawdzało się, wypowiedziane kiedyś przez kogoś zdanie, że więcej osób nad tym pracuje, niż potem z tego korzysta? Czy to znaczy, że nigdy już nie poczuję zapachu świeżego owocu naszej pracy? Nie będzie już dreszczyku emocji na widok kolejnego „dziecka”?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






